Z „Arkiem od gęsi”, czyli Arkadiuszem Tomke, można rozmawiać o wszystkim — choć to właśnie gęsi stały się jego znakiem rozpoznawczym. Jego gospodarstwo  specjalizuje się w naturalnym i ekologicznym chowie drobiu.  MaArkadia, bo właśnie taką nazwę posiada gospodarstwa Marcina i Arka, mieści się na północy Wielkopolski w Stołuńsku, a zostało założone w 2018 r. Na 130 hektarach ziemi gospodarze prowadzą naturalny chów gęsi, kaczek, kur niosek, brojlerów pastwiskowych, królików, perliczek i bydła mięsnego. W MaArkadii dbają  o każdy etap – wychowanie piskląt, dostęp do pastwiska, przetwórstwo i ostatecznie sprzedaż bezpośrednią w ramach Rolniczego Handlu Detalicznego. Arek od 2024 roku intensywnie rozwija także swoje social media i edukację konsumencką  – prowadzi kanały na TikToku, YouTube i Facebooku, gdzie dzieli się wiedzą, humorem i kulinariami. Gospodarstwo MaArkadia jest partnerem KSOW+, otwartym na współpracę i projekty edukacyjne. W swoim regionie a coraz częściej też w całej Polsce „Arek od gęsi” postrzegany jest jako ambasador gęsiny, uczestnik pokazów kulinarnych, gdzie prezentuje własne wyroby z gęsiny – m.in.. półgęsek, białą kaszankę, okrasę, pasztet a nawet kosmetyki na bazie smalcu gęsiego. Zapraszamy do rozmowy z człowiekiem, który był już za nie jednym biurkiem, ale szczęście odnalazł dopiero w pracy na swojej roli.    

 

Arkadiuszu, za nami pierwsze dni marca, wszyscy czekamy na wiosnę, ale nie możemy zapominać, że kalendarzowo zima nadal trwa! A z zimą kojarzony jest zawsze sezon na gęsinę. Tradycyjnie w Polsce gęsi ubijało się jesienią – ze względu na zimowy chłód i nieopłacalność dalszej hodowli. Jak wygląda ten cykl w Twoim gospodarstwie?

 Tradycyjnie faktycznie było tak, że gęś rosła przez wiosnę i lato, jesienią była gotowa, przychodził chłód, paszy brakowało, więc gospodarze kończyli chów. To miało sens – zero chłodni, zero technologii, wszystko podporządkowane naturze. U nas w MaArkadii robimy to świadomie i z głową. Wstawiamy pisklęta wiosną. Gęś rośnie wolno, na trawie, na świeżym powietrzu, bez przyspieszania. Latem gęś buduje masę, jesienią nabiera tego, co w gęsi najcenniejsze – tłuszczu, smaku, struktury mięsa. I wtedy jest jej moment. Sezon uboju zaczyna się u nas jesienią i trwa praktycznie do zimy. Największy pik oczywiście jest przed 11 listopada, ale ja zawsze mówię klientom: gęsina to nie jest mięso „na jeden dzień w roku”. To jest mięso jesieni i zimy. Na rosół, na półgęsek, na okrasę, na konfitowane uda i pyszną pieczoną gęś. Gęś jest sezonowa, tzn., że niesie się tylko przez pół roku, gęś ma swój naturalny rytm. I ja ten rytm szanuję. Bo wiesz… można robić produkcję… Albo można robić hodowlę. Ja wybieram to drugie.

Fot. Arkadiusz Tomke

Pięknie powiedziane! Hodujesz – a nie produkujesz jak sam powiedziałeś – wiele gatunków zwierząt, ale to gęś wziąłeś na swój sztandar”. Dlaczego? Motto MaArkadii – czyli gospodarstwa Marcina i Arka to – Amerykanie mają swoje indyki tak my Polacy miejmy swoje gęsi. Czy gęsi to dla Ciebie tylko produkt, czy też symbol polskiej tradycji? A skoro wspominasz o indyku w swojej sentencji – czy rozważałeś kiedyś jego hodowlę, czy gęś to Twój świadomy wybór kulturowy?

 

Bardzo dobre pytanie. U nas to był całkowity przypadek z tymi gęsiami. Kiedy wylądowaliśmy w Stołuńsku na stałe, ludzie pytali się co robimy w życiu, ja żartowałem, że ja chodzę po chrust do lasu, a Marcin pasie gęsi. I tak Marcin zarzucił: to może gęsi?”, mi dużo nie trzeba mówić i zacząłem drążyć temat. Kolejnym przełomem była moja choroba, gdzie było bardzo ciężko. Były noce, gdzie bałem się zasnąć, ze strachem, czy się rano obudzę i po tym cudzie, że wyzdrowiałem i miałem czas na przemyślenia, utwierdziłem się, że chcę iść w zdrowym kierunku i tak się zrodził właśnie ten cel: jak Amerykanie mają swoje indyki, tak my Polacy miejmy swoje gęsi”.

 

Czy próbowaliśmy temat indyków? Oczywiście. Tylko zatrzymała nas jedna rzecz, bo przy każdej próbie odchowu indyków w naszym gospodarstwie nie obyło się przed podawaniem antybiotyków, a nasze gospodarstwo jest czyste od antybiotyków. 

 

Gęś u nas jest sto procent natura – bez antybiotyków i hormonów wzrostu. Gęś to nasza polska tradycja, mamy najlepszą gęś: białą kołudzką, zwaną owsianą na świecie.

 

⦁ Czyli postawiliście na zdrowie i tego się trzymacie. A jak jest zdrowie to jest i radość z życia. Na Twoich social mediach nie brakuje humorystyczych rolek. Czy ta aktywność w sieci realnie wpływa na sprzedaż i edukację konsumencką? A może to też sposób na odreagowanie trudów pracy?

 

Rolnictwo to jest błoto, odpowiedzialność, ryzyko, czasem stres. Więc tak – trochę to jest wentyl bezpieczeństwa. Lubię się pośmiać, lubię przerysować, zrobić z siebie „Arka od gęsi”, bo życie jest za krótkie, żeby chodzić wiecznie naburmuszonym. Jak ludzie się pytaja mnie, skąd takie pomysły, to żartuje sobie, że też nie wiem, co w moim poczęciu poszło nie tak… 

Zawsze głowa była pełna pomysłów i teraz mogę to wykorzystać. A to, czy dobrze to robię, to musiałbym się zapytać obserwatorów.

Ale czy to wpływa na sprzedaż?
Myślę, że tak, teraz żyjemy w dobie mnóstwa informacji, podaję przykład, że nasi pradziadkowie nie mieli tylu informacji przez całe życie, ile my przez jeden tydzień. Teraz są czasy walki o uwagę i chcąc rozwijać gospodarstwo wręcz trzeba wejść w social media. Dziś ludzie nie kupują tylko mięsa. Kupują historię, twarz, zaufanie. Jak ktoś widzi mnie w kaloszach między gęśmi, jak opowiadam o smalcu, jak tłumaczę, dlaczego półgęsek leży 7 dni w przyprawach, to przestaję być „jakimś rolnikiem”. Staję się Arkiem, którego znają. I potem jest telefon:
„Panie Arku, widziałam ten filmik, biorę dwie gęsi”.

To działa!

Druga sprawa – edukacja. Ja mogę sto razy napisać, że gęsina jest zdrowa. Ale jak w rolce pokażę, jak skwierczy skóra, jak wygląda tłuszcz, jak tłumaczę różnicę między przemysłem a naturalnym chowem – to wchodzi do głowy.

I powiem Ci jeszcze jedno – ja nie chcę udawać eksperta zza biurka. Ja pokazuję prawdę. Czasem zabawną, czasem trudną i na pewno bawię się przy tym niesamowicie, bo gospodarstwo i wieś to moja pasja. 

 

Zatem „Arku od gęsi” i ekspercie (z podwórka a nie zza biurka) – opowiedz naszym czytelnikom czy zdobycie certyfikatu ekologicznego było dużym wyzwaniem dla swojego gospodarstwa MaArkadia? Jak wyglądał proces konwersji? Co byś doradził rolnikom, którzy rozważają taki krok?

Czy to było wyzwanie? Odkładałem tę decyzję 5 lat. Już jak miałem 11 lat, to chciałem prowadzić gospodarstwo ekologiczne. A i tak jak już zakupiłem grunty to jeszcze zwlekałem z decyzją, bo  papierologia, kontrole, dokumentacja, pilnowanie terminów… I przeżyć co powiedzą inni rolnicy. A że ja nie mam sąsiadów rolników to chyba było łatwiej. W eko nie ma „a dobra, jakoś to będzie”. Tu wszystko musi się zgadzać. 

Proces konwersji to był moment próby. Ziemia musi przejść okres przestawiania, a jednocześnie finansowo to nie jest tak, że od razu zarabiasz więcej. Masz wyższe koszty, a przez chwilę jeszcze nie masz pełnego „efektu premium”.

Trzeba to udźwignąć psychicznie i finansowo.

Fot. Arkadiusz Tomke

Ale powiem coś ważnego – dla mnie to nie była rewolucja, tylko potwierdzenie kierunku. Ja i tak chciałem chować zwierzęta wolno, na trawie, bez przyspieszania. Certyfikat był konsekwencją filozofii, a nie odwrotnie.

Co bym doradził rolnikom?

Po pierwsze – nie rób tego tylko dla dopłat. Bo się zmęczysz. Eko to styl myślenia, nie tylko system produkcji.

Po drugie – policz wszystko. Pasza, dostępność surowców, rynek zbytu. Ekologia bez rynku to romantyzm, a gospodarstwo musi się spinać.

Po trzecie – przygotuj się na kontrole i dokumenty. Jak nie lubisz papierów, to zatrudnij kogoś, kto pomoże. Lepiej wydać trochę na porządek, niż potem się tłumaczyć.

I jeszcze jedno – ekologia to nie jest bycie świętym. To jest bycie odpowiedzialnym.

Ja nie mówię, że każdy musi być eko. Ale jeśli już wchodzisz w ten świat, to wchodź uczciwie. Bo klient dzisiaj jest czujny. A zaufanie buduje się latami, a traci w jeden sezon.

 

Super rady, nie koloryzujesz i nie zachęcasz na siłę. To jest bardzo ważne co powiedziałeś, że bycie eko musi być związane z całym stylem prowadzenia gospodarstwa, życia, że to filozofia, a tego nie da się udawać… Twoje gospodarstwo zdobyło liczne nagrody i jest częścią sieci KSOW+. Czy możesz powiedzieć, że coś dzięki tej współpracy zyskałeś?

Bycie częścią Krajowej Sieci Obszarów Wiejskich czyli KSOW+, to nie jest tylko logo na stronie. To jest dostęp do ludzi, którzy myślą podobnie – innowacyjnie, ale z szacunkiem do tradycji. To są szkolenia, wyjazdy studyjne, wymiana doświadczeń, kontakty. A w rolnictwie kontakty są jak dobra ziemia – bez nich plon słaby.

Dzięki tej Sieci poznaliśmy ludzi z instytucji, naukowców, praktyków. Mamy stały kontakt z Instytutem Zootechniki – PIB w Kołudzie Wielkiej, który jest sercem polskiej hodowli gęsi. Współpracujemy z doradcami z Wielkopolskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego (Sielinko) oraz z Mazowieckiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Brwinowie. To nie są przypadkowe relacje. To jest zaplecze merytoryczne, które daje pewność, że idziemy w dobrym kierunku.

A jakie mamy plany?

Po pierwsze – rozwijamy dalej certyfikat ekologiczny, bo to jest nasz fundament.
Po drugie – pracujemy nad rozszerzeniem sprzedaży w oparciu o systemy jakości, w tym rozważamy wejście w krajowe systemy jakości żywności.
Po trzecie – przy linii MaArkadia Naturals chcemy przejść pełną ścieżkę badań i formalnych zgłoszeń, żeby kosmetyki ze smalcu gęsiego miały nie tylko serce, ale i twarde papiery.

Myślę też poważnie o certyfikacie produktu lokalnego dla naszej gęsiny z Krajny. Bo skoro mamy historię, jakość i skalę – to czemu tego nie przypieczętować?

Dla mnie współpraca z KSOW+ to nie prestiż dla prestiżu. To narzędzie rozwoju.

Bo ja nie chcę stać w miejscu.
Chcę, żeby Stołuńsko było kojarzone z gęsią tak, jak Kołuda z genetyką.

I do tego potrzebne są nie tylko dobre gęsi, ale też dobre relacje.

 

Kosmetyki z gęsiego smalcu mnie już teraz zaintrygowały, więc życzę pomyślności w realizacji tych wszystkich planów. A poszerzając wątek Twojego gospodarstwa. MaArkadia to duże gospodarstwo, opowiedz poproszę jakie rośliny uprawiasz? Czy przy tak zróżnicowanej hodowli zwierząt, ale też dużym areale potrzebujesz zaopatrywać się w paszę czy słomę/siano z zewnątrz? 

MaArkadia od tego roku liczy ponad 130 ha. Uprawiamy głównie zboża ozime: żyto, pszenicę ozimą i pszenżyto. To jest nasza baza – stabilne plony, dobre w zmianowaniu i pod paszę.

Z jarych mamy owies, a do tego kukurydzę – głównie pod paszę. Żyto często wymieniamy na pszenżyto , żeby lepiej zbilansować energię i białko w dawkach. Do tego dochodzą TUZy na siano i na kiszonkę. Przy takiej liczbie zwierząt użytki zielone to podstawa. Bez własnego siana i kiszonki nie ma mowy o spokojnej głowie zimą.

Czy musimy coś dokupować?

Większość paszy produkujemy sami. To daje niezależność i kontrolę jakości, co przy ekologii jest kluczowe. Jedyna rzecz, którą w systemie eko dokupujemy, to słoma – zużywamy jej po prostu więcej, niż jesteśmy w stanie wyprodukować.

Cała reszta opiera się na obiegu zamkniętym. Obornik wraca na pole, pole karmi” zwierzęta, zwierzęta napędzają gospodarstwo.

⦁ A na końcu tego cyklu  gospodarstwo napędza Arka od gęsi? Twoja internetowa postać jest postrzegana  jako osoba o wielu talentach i ogromnej pozytywnej energii. Chętnie udzielasz się także w kuchni: uwędzisz szynkę czy zrobisz pasztet. A jak oceniasz polskiego konsumenta? Czy my Polacy kupujemy świadomie żywność? Czy jesteś zadowolony z RHD?

Wrócę do żartu, ja też się zastanawiam co w moim poczęciu poszło nie tak… Kiedy życie staje się pasją to wszystko, co robię to przygoda, a po chwilach w chorobie, że mogłoby mnie nie być, nie mam czasu na odkładanie na później”. 

A polski konsument?

Zmienia się. I to bardzo.

Jeszcze kilka lat temu większość patrzyła głównie na cenę. Teraz coraz więcej ludzi patrzy na skład, na pochodzenie, na to, kto stoi za produktem. Pytają: czym karmione? Czy bez antybiotyków? Czy to naprawdę od was? To są dobre pytania.

Ja widzę jednak coś fajnego: ludzie chcą znać rolnika. Chcą zobaczyć twarz, pole, stado. I wtedy kupują świadomiej. Bo jak poznasz człowieka, to trudniej Ci go oszukać i trudniej Cię oszukać. 

A ja jak komuś coś sprzedaję z gospodarstwa od nas, to wiem, że lepszego nie dostanie, raduję się i mam czyste sumienie

A RHD?

Dla mnie to był game changer. Rolniczy Handel Detaliczny daje  wolność. Można sprzedać swoją gęś bez pośrednika, mogę zrobić pasztet, półgęsek, okrasę i powiedzieć: to jest moje, od pola do stołu. Oczywiście po przebadaniu.

Czy system jest idealny? Nie. Papierologia potrafi zmęczyć, przepisy bywają sztywne. Ale mimo wszystko – RHD to ogromna szansa dla małych i średnich gospodarstw. To powrót do normalności, gdzie rolnik nie jest tylko producentem surowca, ale twórcą żywności.

I powiem Ci coś jeszcze – ja wierzę, że przyszłość to krótkie łańcuchy dostaw. Mniej pośredników, więcej relacji.

Bo jak klient przyjeżdża do Stołuńska, widzi gęsi, próbuje okrasę i mówi: „Panie Arku, to smakuje jak u babci” – to wiem, że idziemy w dobrą stronę.

W tym punkcie dodam, że jestem za wprowadzeniem uboju z pastwiska. 

Dlaczego?

Po pierwsze – dobrostan. Zwierzę nie jest transportowane, nie jedzie w stresie, nie trafia w obce miejsce. Zostaje w swoim środowisku, w znanym stadzie. To realnie zmniejsza stres, a stres to gorsza jakość mięsa i zwyczajnie niepotrzebne cierpienie.

Po drugie – jakość. Krótsza droga, mniej bodźców stresowych, lepsza struktura mięsa. To nie jest teoria – to widać i czuć w produkcie.

Po trzecie – uczciwość wobec idei małego gospodarstwa. Skoro mówimy o lokalności, krótkim łańcuchu dostaw i odpowiedzialności, to ubój z pastwiska jest naturalnym krokiem. Humanitarnie, pod nadzorem, zgodnie z przepisami – ale bliżej natury.

⦁ A gdybyś miał powiedzieć, co uważasz za tradycyjne a co za innowacyjne w swoim podejściu do prowadzenia Twojego gospodarstwa rolnego? 

Co jest tradycyjne? To, że szanuję rytm natury. Gęś rośnie tyle, ile ma rosnąć naturalnie. Nie przyspieszam jej, nie kombinuję. Własne zboża, własne siano, obornik wraca na pole. RHD, sprzedaż bezpośrednia, rozmowa z klientem twarzą w twarz. Wędzenie półgęska trzy dni zimnym dymem, przekładanie mięsa przyprawą ręcznie, nie z taśmy. To jest stara szkoła, wszystko ręcznie. 

Ale innowacja zaczyna się w głowie. Nowoczesne podejście do marketingu – social media, shorty, pokazywanie procesu, edukacja. Modernizacja ubojni, pakowanie próżniowe, kontrola temperatur, logistyka wysyłkowa w całej Polsce, stworzenie sklepu internetowego – tu podziękuję Kamilowi, bo zrobił naprawdę dobrą robotę. Do tego rozwój kosmetyków ze smalcu gęsiego – kto by 20 lat temu pomyślał, że rolnik będzie robił linię naturalnych kremów? A sam pomysł wpadł w nocy, rano wstałem zapisałem, przyjechali klienci, podzieliłem się pomysłem, od razu powiedzieli, że mają panią Asię na wydziale chemii w Toruniu” i tak dwa lata pracy nad linią mazideł ze smalcem gęsim i teraz jest  linia MaArkadia Naturals.

Sprawdziłem też temat dotacji. Podszedłem do tego bardzo spokojnie. Teraz piszę kilka wniosków, gdy widzę, że to się spina ekonomicznie. Ale powiem wprost – dotacje to nie są darmowe pieniądze. To zobowiązanie. Kontrole, trwałość projektu, wskaźniki, papierologia. Trzeba być gotowym na dyscyplinę. Czy warto?

Jeśli masz plan – warto.
Jeśli bierzesz „bo dają” – nie warto.

Każdy musi spojrzeć na swoje moce przerobowe i płacowe, czy to się wszystko zepnie. Przeliczyć czy zainwestowane pieniądze, przełożą się na zmniejszenie roboczogodziny, a co za tym idzie, czy po prostu nam to się będzie opłacało.

⦁  Myślę że wiele wartościowych porad nam udzieliłeś, myślę że kogoś to na pewno zainspiruje. A czywyobrażasz sobie siebie w innej pracy, bez tego codziennego kwakania, gęgania, buczenia, bez tych wszystkich komunikatywnych” zwierząt? 

Czy wyobrażam sobie siebie w innej pracy?

Pracowałem na wielu stanowiskach: praca w Urzędzie Skarbowym, kierownik gospodarstwa wielkoobszarowego, członek zarządu powiatu i radny powiatowy, Dj, wodzirej, organizator imprez, kelner, roznosiłem ulotki, zaliczyłem przygodę z ubezpieczeniami na życie i ich promowaniem, pisałem wnioski. To chyba tak w skrócie. Zawsze był jeden wspólny mianownik czyli praca w gospodarstwie rodzinnym i ona mnie zawsze rajcowała najbardziej. 

Teraz kiedy jestem u siebie to bez wątpienia mówię, że to jest to. W dobie internetu, gdzie każdy, kto ma dostęp do internetu może robić wszystko. Szydełkujesz, malujesz, nagrywasz to i możesz mieć widownię z całego świata. Dodam, że moje piękne Stołuńsko to Osada Marzeń, w której mieszka ok. 20 wspaniałych mieszkańców, a wiara w siebie czyni cuda!

⦁  No i pięknie! Na sam koniec naszej rozmowy Arku, zdradź naszym czytelnikom, jaki jest najlepszy dodatek do gęsiny? Kwaśne polskie jabłko, czerwone buraczki ze śliwką, a może coś azjatyckiego? 


Kwaśne, polskie jabłko, szara reneta  Najlepiej takie prawdziwe. Kwaskowość pięknie przecina tłuszcz. To tworzy smakowity duet.

Czerwone buraczki ze śliwką? Zwłaszcza do pieczonej piersi czy konfitowanego uda. Słodycz śliwki, ziemistość buraka i ten gęsi tłuszcz…

Korzystając z okazji już dziś zapraszam wszystkich Czytelników na Święto Gęsiny na Krajnie w Stołuńsku. Wydarzenie odbędzie się 17 października tego roku, a tam na pewno będzie można skosztować naszych specjałów.

Ale jeśli mam powiedzieć zupełnie szczerze, co jest najlepszym dodatkiem do gęsiny?

Dobre towarzystwo i cała pieczona gęś wyjęta z piekarnika, uroczyście postawiona na stół – bo jak Amerykanie mają swoje indyki tak my Polacy miejmy swoje gęsi!

⦁ Wybornie to podsumowałeś! Dziękuję za rozmowę, za wszystkie porady i za tę pozytywną energię. Niech MaArkadia zdobywa kolejne sukcesy a Tobie niech się to opłaca! Dużo zdrowia, Arku.

Właściciele MarArkadii
Fot. Arkadiusz Tomke

 

Z Arkadiuszem Tomke rozmawiała Katarzyna Świtek.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

13 − 10 =