Ehh (albo inne słowo na „k”), kiedyś to było. Wszystkich tych, którym przed oczami pokazał się mem z nosaczem sundajskim a także wszystkich, którzy nie do końca rozumieją o czym napisałem w pierwszej części tego zdania zapraszam do dalszej lektury. Wszystko wyjaśnię.

Minęły trzy lata odkąd na łamach Agrokultury ukazał się mój pierwszy artykuł. Nie spodziewałem się, że jego publikacja uruchomi dość dynamiczny ciąg zdarzeń związanych z moim życiem zawodowym. Dzisiaj jednak nie o tym, w większości moich tekstów, jakie zostały tu opublikowane jest mowa o raczej nowoczesnych technologiach: robotach polowych, paliwach alternatywnych itd. Był epizod związany z OSP, a tym razem będzie jeszcze inaczej. Nadal o mechanizacji rolnictwa, ale zamiast tego co będzie, skupmy się na tym co było. Albo chociaż spróbujmy…

Nostalgia, patriotyzm i używki

Inspiracją do napisania tego tekstu byli członkowie jednej z facebook’owych grup, dumnie tytułujący się mianem mechanizatorów. Przez dobre kilka tygodni poprzedzające wstępne (i bardziej zaawansowane) prace nad tym artykułem toczą oni zawzięte dyskusje nad (przykro to pisać, ale taka jest póki co prawda) rozlanym mlekiem, czyli polskim przemysłem ciągnikowym. Świat się zmienia i pędzi do przodu, a wraz z nim nasza branża rolnicza. Fakt jest taki, że za tymi zmianami czasem ciężko nadążyć. Minęło kilka lat od zakończenia produkcji ciągników Ursus, choć w ostatnim czasie znów zrobiło się o nich głośno w branżowej prasie i na portalach tematycznych. Przysłowiowej oliwy do ognia dolewa (i jednocześnie rozpala wyobraźnię miłośników ciągników z niedźwiedziem w logo i nazwie) fakt, że w styczniu pojawiło się ogłoszenie o sprzedaży majątku spółki Ursus. Cena? Skromne 125 milionów złotych. Nie mam pojęcia czy transakcja dojdzie do skutku, a o ile dojdzie, to co będzie efektem. Wielu z nas (również i ja) karierę traktorzysty zaczynało właśnie na Ursusach i choćby z tego powodu jako rolnicza społeczność darzymy te ciągniki sporym sentymentem, czasem wręcz nostalgicznym.

Mimo to uważam, że w Polsce mocno rozwijają się producenci maszyn i narzędzi rolniczych. Tym razem nie wspomnę konkretnych marek (ponieważ nie chcę, aby ktoś poczuł się urażony), ale dodam, że jako Polacy nie mamy się czego wstydzić. Fakt, wciąż jest wiele firm, których jedynym argumentem sprzedażowym jest niska cena (i często brak szacunku dla swoich pracowników i klientów, ale o tym może innym razem). Na szczęście czarne owce stają się niechlubnymi wyjątkami, a cała branża mocno się rozwija. Również pod kątem wyposażenia produkcyjnego, gdzie coraz częściej widać nowoczesne roboty przemysłowe i automatyczne magazyny. I jeśli wszystko odbywa się w równowadze pomiędzy przepisami prawa i szacunkiem dla pracowników oraz rolników kupujących gotowe wyroby, to piękny przykład patriotyzmu! Wiem, że o efektywności wydatkowania pieniędzy z naszych podatków można długo dyskutować, ale to również temat na inną okazję. Może brzmi to idealistycznie, ale patriotyzm się opłaca.

Nostalgię i patriotyzm mamy za sobą, więc czas na używki. Głównie mam tu na myśli wodny roztwór alkoholu etylowego. Czasy się zmieniają, ale wielu przedstawicieli handlowych wciąż nie uznaje biznesu bez dopingu wspomnianą substancją. O samych rolnikach chyba nie muszę wspominać. Cóż, sam nie jestem święty w tym temacie i uważam, że wszystko jest dla ludzi – o ile korzystają z tego z umiarem! Czemu o tym piszę? Akurat przypomniała mi się historia opowiedziana przez szefa sprzedaży zaprzyjaźnionego producenta maszyn. Przed laty jedne z regionalnych targów rolniczych zakończył on z niemałym sukcesem. W przeciągu jednego dnia wszystkie maszyny znajdujące się na stoisku znalazły nowych właścicieli. Niestety ani on, ani jego bezpośredni przełożony nie byli w stanie o własnych siłach wrócić do domów, z czego ich małżonki nie były do końca dumne.

Ursus i jego fenomen

Jak już wspomniałem, produkcja ciągników Ursus, (przynajmniej póki co) wydaje się być zakończona. Jednak wciąż wywołują one niemałe emocje wśród rolników (i nie tylko). Zapewne psycholog i socjolog powiedzieliby więcej na temat tego zjawiska, ale póki co muszą wam wystarczyć teorie (spiskowe?) mechanizatora. Źródeł tego fenomenu powinniśmy upatrywać we wczesnych latach powojennych. Wtedy to, komunistyczne władze odbudowującej się Polski postanowiły, że w kraju nad Wisłą należy rozpocząć produkcję ciągników rolniczych. Tym sposobem, na bazie niemieckiego pierwowzoru w postaci traktora Lanz Bulldog powstał Ursus C45 i jego późniejsza zmodernizowana wersja C451. Ich konstrukcja była równie ciekawa co toporna. Jeden, sakramencko wielki cylinder, na dodatek pracujący w poziomie, osiągał moc ok. 45 KM. W dodatku układ zasilający nie był szczególnie wybredny pod kątem jakości paliwa. W zestawieniu z przeciętną siłą pociągową polskiego rolnictwa, w postaci konia (lub pary koni – żywych oczywiście), nawet potężnych, zimnokrwistych ogierów traktor wypadał o wiele korzystniej. A przez kolejne dziesięciolecia, w ofercie Ursusa pojawiały się kolejne modele i wersje rozwojowe dotychczas produkowanych egzemplarzy. Rozbudowywała się również sama fabryka i rozsiane po całym kraju jej filie i zakłady kooperujące. Kilka lat później zgniły socjalizm został zastąpiony przez dziki kapitalizm. I rozpoczął się okres dynamicznych zmian, których skutki odczuwamy po dziś dzień. Produkowane „trzydziestki”, „sześćdziesiątki”, seria „ciężka” i cały pozostały asortyment przez lata stanowiły główną siłę pociągową polskiej wsi. Miały swoje zalety, jak choćby prostą konstrukcję i wytrzymałość na mało fachową eksploatację. Ale obok stały też wady, chociażby niski poziom komfortu oferowany operatorowi.

Produkcja na masową skalę i centralne zarządzanie (z poziomu rządu) nie sprzyjały wprowadzaniu modernizacji i nowinek technologicznych (na miarę tamtych lat). Ursus C 4011, będący wierną kopią Zetora 4011, w kolejnych latach został przeprojektowany do wersji C 355, C 360, a po zmianie silnika również na C 360 3P. W podobnym okresie Zetor wprowadzał kolejne wersje rozwojowe, gdzie stopniowo na listę wyposażenia dołączył napęd przedniej osi czy komfortowa kabina. Już nie wspominam o zastosowaniu skośnych zębów w przekładni głównej (czyli na kole atakującym i talerzowym), które dość mocno obniżają poziom hałasu emitowanego podczas szybkiej jazdy. Wspomaganie układu kierowniczego, napęd pompy hydraulicznej mocno zintegrowany z napędem WOM utrudniające jednoczesną obsługę obu podzespołów to kolejne niedogodności. Przez wiele lat nie zmieniało się w tym zakresie wiele. Obecnie jest lepiej – w wielu stacjonarnych i internetowych sklepach bez większego problemu znajdziemy gotowe zestawy „modernizacyjne” do poczciwych Ursusów. Wśród nich są choćby układy wspomagania (a właściwie skrętu hydrostatycznego, bo wspomaganie z definicji ma coś wspomagać a nie zastępować) czy „cichsze” koła zębate do przekładni głównej. Do tego nowe maski, bardziej komfortowe kabiny itd. Jest w czym wybierać. A co najciekawsze wielu użytkowników wiekowych już pojazdów chętnie z nich korzysta, czyniąc swoje wehikuły nieco przyjaźniejszymi w obsłudze.

W tym miejscu dziękuję wytrwałym czytelnikom i zapraszam na drugą część, już niebawem!

Skomentuj. Jesteśmy ciekawi Twojej opinii!