Rasa Highland, czyli szkockie bydło górskie charakteryzuje się nietuzinkowym wyglądem. Długa sierść w przeróżnych kolorach, ogromne rogi i nieduża postura sprawiają, że te zwierzęta przyciągają do siebie jak magnez. Ponadto są dosyć spokojne i przyjazne dla ludzi. Nie wiem, czy słyszeliście już kiedyś o Szkockich Krowach z Przedmościa, które żyją na Zielonej Łące i mają przesympatycznych właścicieli? Jeśli nie, to zapraszamy do lektury! 

Cześć! Na początek powiedz coś więcej o Was.

Cześć! Ci Przesympatyczni właściciele, o których wspomniałaś, to Agnieszka, czyli ja we własnej osobie oraz skrywający się pod pseudonimem Gospodarz, mój mąż Dawid. Dwa lata temu zrealizowaliśmy nasz szalony pomysł o hodowli Szkockich Krów i od tego czasu tworzymy wspólnie naszą Zieloną Łąkę. Ja ogrodniczka, z wykształcenia i z zamiłowania, on – obecnie rolnik, z wyboru.

Jak doszło do tego, że zaczęliście hodować bydło i to właśnie tę rasę?

Tak naprawdę wszystko zaczęło się od marzenia o własnym skrawku świata. Później był kawałek dość urokliwej łąki o ogromnym potencjale przyrodniczym i wielka chęć przywrócenia na niej życia. Potem poszło z górki. Chodziły nam po głowie różne zwierzęta. Jednak nasze łąki są dość specyficzne, bo położone w obszarze Natura 2000, na dość słabych, często podmokłych glebach, a do tego bardzo zróżnicowane pod względem składu gatunkowego roślin. Szukaliśmy zwierząt, które zgryzają wszystko. Drugie kryterium, którym się kierowaliśmy to brak budynków gospodarskich. Ostatecznie stanęliśmy przed wyborem Galloway i Highland Cattle, ale to te drugie najzwyczajniej skradły nasze serca i z każdym dniem zajmują w nim coraz więcej miejsca.

Czy Highlandy są trudne w hodowli? O czym trzeba pamiętać decydując się na te zwierzęta?

Wygląda na to, że nie, skoro my sobie jakoś z tym radzimy… Myślę, że to co w nich najpiękniejsze jest równocześnie ich największą wadą. Mam tutaj na myśli ich pierwotną dzikość oraz potężne rogi. Jest to bardzo stara rasa, a jej przedstawiciele charakteryzują się wysoką odpornością na warunki atmosferyczne, są niewybredne co do pożywienia, cieszą się dobrą zdrowotnością i wycielają się samodzielnie, bez pomocy człowieka. Nasze sztuki są na tyle oswojone, że nie boją się ludzi, chętnie zjedzą marchewkę z ręki, ale już nie bardzo dadzą się dotknąć czy pogłaskać. O złapaniu ich już nawet nie wspomnę. Dlatego za każdym razem wchodząc na pastwisko, trzeba pamiętać, że są to nie tylko urocze krowy, ale właściwie dzikie zwierzęta, ze swoimi naturalnymi instynktami czy odruchami. Do tego wszystkiego z pięknymi, ale zarazem potężnymi rogami, do których zwyczajnie trzeba mieć respekt. Nie każdy z naszych gości jest w stanie się przełamać i przekroczyć linię ogrodzenia. Zdarza się, że boją się nawet weterynarze (śmiech).

Powiększacie swoje stadko cały czas. Jaką liczbę chcecie osiągnąć?

Ku naszej wielkiej uciesze, rodzi się u nas więcej jałówek niż byczków, co jak najbardziej sprzyja powiększaniu stada. Docelowo myślimy o 30 mamkach, ale co nam z tego wyjdzie to czas pokaże. Nie mamy jakiegoś sztywnego planu.

Czy w stadzie są osobniki, które zarządzają, trzymają hierarchię?

Jasna sprawa. Jak w każdym prawdziwym stadzie. Szkockie Krowy to zwierzęta bardzo hierarchiczne. Najważniejsza w stadzie jest Szefowa, przez jej jasne pasemka na grzywce, zwana Siwą. Tak naprawdę, to ona rządzi na łące, my tylko doglądamy tego całego „bałaganu”. Jedynie Adam, czyli nasz reproduktor, próbuje czasami z nią negocjować, reszta nie ma odwagi, ani też potrzeby, bo to akurat bardzo mądra krowa. Ale poza taką ogólną hierarchią stada, bardzo mocno widać u nich więzy krwi. Czyli matka nie zapomina o swoich cielętach, gdy tylko ma już nowego potomka. Wszystkie jej dzieci, a czasem nawet i wnuki trzymają się razem.

Wasze krowy, maluchy i w sumie całe stadko można podglądać w Internecie. Na Facebook’u i na Instagramie prowadzicie profil @zielona.laka. Skąd pomysł na to?

Zaczęło się od rodzinnej grupy na What’s Appie, gdzie wrzucaliśmy fotki i filmiki z krowami, raportując na bieżąco, co słychać w stadzie. Po jakimś czasie okazało się, że rodzinka rozsyłała te zdjęcia dalej w świat, a nasze dziewczyny dorobiły się małej grupy fanów. Moja siostra, któregoś dnia mimochodem rzuciła mi hasło: „Ty weź im załóż Fejsa, bo ja te zdjęcia, muszę już do tylu różnych osób wysyłać”. No i tak się zaczęło. Najpierw był Facebook, a teraz dziewczyny „podbijają” Instagram i chyba im z tym dobrze. Czasem mają aż tak wielkie parcie na szkło, że z wielkim zaangażowaniem wylizują obiektyw.

Czy można Was odwiedzić i wybrać się w to tajemnicze miejsce?

Wszystko da się załatwić… Dziewczyny lubią gości, my nie mamy nic przeciwko, a droga przez Zieloną Łąkę jest ogólnie dostępna. Zresztą, wielu lokalnych mieszkańców wpada do dziewczyn w ramach niedzielnego spaceru. Trzeba tylko pamiętać o bezpieczeństwie, zarówno ludzi, jak i zwierząt. Czyli nie wchodzimy na pastwisko oraz nie dokarmiamy zwierząt, niczym innym poza dozwoloną marchewką. Jeśli ktoś z Was miałby ochotę nie tylko zobaczyć dziewczyny na żywo, ale też lepiej je poznać, wystarczy się odezwać. Jeśli tylko będziemy mieli czas, możemy Was oprowadzić.

Muszę przyznać, że bardzo często przeglądam Wasze zdjęcia i urzeka mnie bardzo ta rasa, zwłaszcza te cudowne maleństwa. Czy nie mogłyby one zostać zawsze takie małe?

Ja zawsze mówię, że te maluchy, to cukier w czystej postaci. Marzy mi się, żeby można je było tak swobodnie i do oporu tulić, czochrać i tarmosić. Może kiedyś uda nam się je na tyle oswoić. Kuszącą opcją jest też czesanie im grzywek i zaplatanie warkoczyków. Wiem, że jest to możliwe, jednak będzie od nas wymagało dużo czasu i cierpliwości, ale wierzę, że kiedyś nam się uda.

Poza zieloną łąką i Highlandami macie też pasiekę i produkujecie miodek! Opowiedz o niej. Czy praca z pszczołami jest trudna? Skąd pomysł na to?

Do tej pory była to mocno hobbystyczna mikro pasieka, produkująca miód w ilościach degustacyjnych. Jednak ostatnio, na drodze kupna-sprzedaży, nieco się rozrosła i jest już pełnoprawną pasieką. Skąd to zamiłowanie…? Już od dłuższego czasu przebąkiwał o tym Dawid. Przez wiele lat u niego na podwórku swoją pasiekę prowadził znajomy pszczelarz, nazywany przez nas Bolek Pszczoła. Dawid czasem podglądał go przy pracy i zawsze był pod wrażeniem jego spokoju i opanowania. Ja wręcz przeciwnie. Zawsze unikałam jak ognia os i pszczół, bo zbyt bliskie spotkanie z nimi kończyło się sporą opuchlizną. Jednak cała ta nasza przygoda z pszczelarstwem, tak naprawdę zaczęła się od 3 pustych uli, które Dawid dostał w spadku po wujku (zresztą to właśnie od niego zamiast kwiatów na ślubie, dostaliśmy naszą pierwszą książkę o pszczołach). Wszystkie te ule zasiedliliśmy złapanymi rójkami i tak jakoś poszło. Ja najpierw obserwowałam to z odległości co najmniej 10 m, z czasem podchodziłam coraz bliżej i bliżej. Zaczęłam czytać, zgłębiać temat (wcześniej nie miałam pojęcia, że to całe pszczele życie jest aż tak skomplikowane), no i przepadłam. To ja goniłam Dawida do pasieki, planowałam i  podejmowałam decyzje jak prowadzić ule. Ale nadal jeszcze do końca nie przełamałam swojego strachu, dlatego śmiejemy się, że w naszym pszczelim teamie, to ja jestem od teorii, a on od praktyki.

Super sprawa! Wracając jeszcze do krów, to poza tymi prawdziwymi krowami posiadasz też inne, które sama tworzysz na szydełku. Opowiedz o tym, to Twoja pasja? Zawsze lubiłaś robótki ręczne?

Z szydełkiem akurat nie łączy nas miłość od pierwszego wejrzenia, ale „wszelkie dłubaniny”, czyli prace manualne w każdej postaci kocham od zawsze i ciągle wynajduje sobie nowe zajęcia (także bądźcie czujni). Którejś zimy po prostu postanowiłam się tego nauczyć. Z pomocą mamy i YouTube’a ogarnęłam podstawy. Początkowo bardziej ciągnęło mnie do robienia na drutach, ale powiedzmy, że był to taki przelotny romans. Po jakimś czasie wróciłam do szydełka. I w tym momencie raczej nie będę oryginalna, bo zaczęło się dość klasycznie, od kilku serwetek wydzierganych z kordonka. Potem pokusiłam się o jakieś czapki, kamizelki, a nawet ponczo. Długo szukałam kolejnego wyzwania… Bardzo podobały mi się te wszystkie szydełkowe maskotki, jednak wydawały mi się strasznie skomplikowane i nie na moje siły. Ale, że wciąż niezmienne i nieustannie marzę o białej krowie, to podjęłam rękawice. Po kilku rundach treningowych, udało mi się w końcu wydziergać uroczą, białą mućkę, oczywiście w ogrodniczkach.

No i masz w końcu białą krowę! Wszystko wygląda super! W takim razie życzę powodzenia w dalszej realizacji i dziękuję za rozmowę.

Ja również dziękuję, było mi bardzo miło. I cóż, zapraszam na Zieloną Łąkę, w realu bądź wirtualnie @zielona.laka.

Skomentuj. Jesteśmy ciekawi Twojej opinii!Cancel reply